Łączna liczba wyświetleń

piątek, 5 grudnia 2014

Pokrótce o mojej chorobie...

Kilka miesięcy temu postanowiłam że kiedyś pojawi się taki wpis...i nadszedł ten dzień.
Wtedy wspominałam że mam problemy z hormonami. Pod koniec lipca byłam w szpitalu przez ponad tydzień, gdzie robiono mi pełno badań, a dopiero dzisiaj...po 4 miesiącach dowiedziałam się co mi jest. Hehe nie ma to jak polska służba zdrowia:P

I okazało się że mam zespół policystycznych jajników. Nie będę się rozwodzić nad tym co to jest itp bo dużo kobiet o tym słyszało, poza tym informacje można znaleźć w necie;) Ogólnie mogę mieć problem z zajściem w ciążę itp. A najgorsze że przeczytałam że kobiety z tym problemem powinny starać się o dziecko przed 25 rokiem życia. Ups...stuknęło mi już 26 lat....

Fakt, moja wina. Tak jak pisałam kilka miesięcy temu, zbyt długo zwlekałam z pójściem do endokrynologa, który by mi powiedział co mam zrobić z moim problemem. Czas zawsze odgrywa ważną rolę.

Na razie nie planuję mieć dzieci więc może nie przejmuję się tym jakoś specjalnie. Za niecały rok wychodzę za mąż, a potem zobaczymy jak życie się potoczy. Jednak nie mam pojęcia jak długo potrwa regulowanie hormonów, bo ponoć czasem trwa to kilka miesięcy a czasem kilka lat.

Jednak cieszę się że w końcu wiem mniej więcej co mi jest i że będę mogła zacząć leczenie. Oczywiście w szpitalu dowiedziałam się tylko co mi jest, a z wynikami muszę i tak do swojego ginekologa pojechać i to on mi ma przepisać odpowiednie tabletki. Mam nadzieję że od razu dobrze mi je dobierze.

A jak wyglądał mój pobyt w szpitalu?
Jakoś zaraz na początku roku dostałam skierowanie od mojego endokrynologa do szpitala, gdzie miałam się udać dopiero w lipcu. Zasada była taka, że musiałam przedzwonić do szpitala w pierwszym dniu cyklu w lipcu. Wtedy wyznaczono mi dokładny termin kiedy mogę przyjechać i chyba zostałam przyjęta na oddział w 3 dniu cyklu. Od razu po przyjęciu przeprowadzono ze mną wywiad i wykonano badanie ginekologiczne. Pamiętam że tego samego dnia pobrali mi też krew.

Codziennie oczywiście było mierzenie temperatury dwa razy dziennie i mierzenie ciśnienia raz dziennie. A no i co najważniejsze...pobieranie krwi praktycznie codziennie.

Oj tak...krwi tam pobierali tyle jakby mieli tym wykarmić wampiry:P a ręce miałam tak pokłute i posiniaczone że masakra.

I to była jedna z tych gorszych rzeczy w szpitalu. Gorsze od tego były jedynie badania ginekologiczne wykonywane podczas okresu...niezbyt przyjemna sprawa.

Drugiego dnia miałam mega nieciekawą sytuację, bo jak pisałam wyżej, pierwszego dnia miałam robiony wywiad i badanie ginekologiczne przez młodego lekarza, natomiast drugiego dnia to samo badanie wykonywał ordynator, ale oczywiście nie sam:/ Wyobraźcie sobie że leżycie na fotelu półnagie, a wokół was jest pełno lekarzy, pielęgniarek itp:/ Taki mają chory zwyczaj w tym szpitalu. A ponoć jak jest rok akademicki to jeszcze studenci się na was gapią:/

Każda pacjentka przechodzi przez coś takiego, więc wszystkie świetnie się rozumiałyśmy i wspierałyśmy w tych nieprzyjemnych przeżyciach.

Wracając do poboru krwi. Drugiego dnia o 22.00 miałam pobieraną krew by zbadać kortyzol (oczywiście rano też mi pobierali krew więc jak widzicie nie raz a czasem nawet kilka razy dziennie mnie kłuli).

Trzeciego dnia była masakra-badanie krzywej cukrowej. Pierwsze o 6 rano pobrali krew, potem trzeba było wypić tą ohydną mega słodką glukozę, a potem za pół godziny znów pobór krwi, potem za kolejne pół godziny znowu i tak w sumie robili cztery pobrania krwi. Tego samego dnia robili też usg macicy i jajników i wtedy okazało się że mam w jajnikach za dużo pęcherzyków co już w sumie trochę wskazywało na policystyczne jajniki.

Kolejnego dnia miałam podany hormon i robili mi test ACTH, czyli coś tam związanego z nadnerczami. Wyglądało to tak, że rano miałam robiony zastrzyk, a godzinę później pobieraną krew.

Kilka dni później robili mi też usg nadnerczy i gdyby nie to to bym wyszła ze szpitala wcześniej. Ale specjalnie trzeba było leżeć w szpitalu i czekać na to badanie.

W szpitalu spędziłam bodajże 9 dni, choć miałam leżeć góra 6, tak mi przynajmniej mówiła oddziałowa przez telefon, ale jak widać była to ściema.

Na szczęście udało mi się wtedy przełożyć o parę dni pobyt na Mazurach więc fajnie że wszystko spasowało.


Trochę się rozpisałam na temat tego jak to u mnie wyglądało, ale i tak wydaje mi się że to tylko taki wielki skrót tego wszystkiego:)


I powiem Wam, że cieszę się że ten rok dobiega końca. Zbyt wiele problemów miałam na głowie, oby przyszły rok był lepszy. Bo nie dość że straciłam pracę, to mój związek był mega zagrożony i wisiał na włosku i mało brakowało by się rozpadł, no i jeszcze ta choroba:/ Wszystko praktycznie wyszło w ciągu kilku miesięcy:( Nie powinno się być mściwym, ale mam nadzieję że osoba która próbowała zaszkodzić naszemu związkowi dostanie w końcu po dupie. Wszystko bowiem do nas wraca...